Najpopularniejsze wpisy,  Życie

Początek, czyli jak lekarz zaczął robić to, co kocha, i stał się pisarzem

Ragazzo malato (RM) – moja pierwsza powieść autobiograficzna – narodziła się z upadku. Miałem koszmarne dzieciństwo, dlatego tak bardzo w życiu cierpiałem. Nie otrzymałem bezwarunkowej miłości, nie nauczyłem się jej, dlatego musiałem szukać. Trzydzieści lat mojego życia pokazuje to bardzo dobitnie.

Terror psychiczny w domu był obecny od samego początku. Ojciec tresował mnie jak cyrkowe zwierzę, żebym stał się kimś. Nigdy nie dał mi poczucia, że coś znaczę, nigdy nie okazał prawdziwego zrozumienia. Skrzywdził mnie, ale nie był temu winien – sam kiedyś został skrzywdzony. Zabrał mi całe poczucie własnej wartości, całą miłość do siebie samego. Jak się nie ma miłości do siebie, to zaczyna się jej szukać, bo bez miłości albo chociaż nadziei na miłość nie można żyć. Tak bardzo starałem się ją znaleźć, a także wszystko, co z niej wyrasta – szczęście, spełnienie w tym, co robię, wspaniały związek, który w przyszłości stałby się rodziną…

Czy można szukać czegoś, czego się nie zna? Można, ale w ten sposób nie da się tego znaleźć.

„Lekarz albo prawnik” – ojciec powtarzał, od kiedy pamiętam. Znienawidziłem go, a jednak zostałem lekarzem. Z jednej strony głęboka empatia pchała mnie do tego, abym pomagał ludziom, z drugiej miałem potrzebę nadania sobie wartości przez osiągnięcia. Ale trzy wicemistrzostwa kraju w karate jej nie przyniosły. W trakcie studiów nauczyłem się trzech języków obcych – niemieckiego, włoskiego i angielskiego – co spowodowało, że chciałem się nauczyć kolejnego. W każde wakacje pracowałem w różnych miastach Europy. W Anglii – mając dwadzieścia jeden lat – w dwa miesiące zarobiłem osiemnaście tysięcy złotych i kupiłem swój pierwszy samochód. Dalej czegoś mi brakowało. Zakochałem się w Magdzie – przepięknej dziewczynie i wspaniałej artystce. Na początku byłem przekonany, że wreszcie mi się udało dotknąć Boga – poczułem miłość i spełnienie – tak mi się wydawało. Po roku nasz związek zaczął coraz bardziej przypominać piekło mojego domu rodzinnego. Wtedy całym sobą oddałem się medycynie.

Każdą wolną chwilę spędzałem na oddziale ortopedii – tam uczyłem się operować. Skalpel do ręki dostałem już na przedostatnim roku studiów. Kończąc uczelnię, miałem w CV praktyki w szpitalach w Rzymie, Kopenhadze i Bazylei. Chwile dumy i radości z moich osiągnięć jedna po drugiej rozpływały się w niebyt – nie potrafiłem znaleźć satysfakcji. Biegłem dalej, spieszyłem się, żeby odnaleźć to, czego pragnę, ale nie byłem w stanie, bo nie wiedziałem, co to jest satysfakcja – nigdy jej przecież nie doświadczyłem. Otrzymałem dyplom ukończenia wydziału lekarskiego Pomorskiej Akademii Medycznej i znalazłem pracę w doskonałej klinice chirurgii narządu ruchu pod Berlinem. Moja pensja po paru latach pracy wynosiła szesnaście tysięcy złotych miesięcznie, a mieszkałem w Szczecinie, więc góra szmalu było niemożliwa do ogarnięcia. Na bloku operacyjnym nie znalazłem spełnienia. Były tam wiotkie i nieruchome ciała pacjentów w narkozie, zakrwawione kompresy, gwoździe śródszpikowe, długie płyty zespalające złamania, był zapach piłowanych kości, ale spełnienia nie było. Coraz bardziej zajadle starałem się osiągnąć więcej i więcej w dziedzinie chirurgii narządu ruchu. Moje kontakty z innymi lekarzami stawały się coraz gorsze, a mnie było coraz ciężej. Związek z Magdą ciągnął mnie na samo dno piekła. Kłóciliśmy się prawie codziennie. Uzależniłem się od trawy, paliłem ponad paczkę fajek dziennie, piłem za dużo. Moje wnętrze – umysł i serce – przypominało odciętych od świadomości pacjentów z rurką intubacyjną w tchawicy – stałem się kompletnie jałowy. Zacząłem chorować – wypadnięty dysk, przewlekłe bóle lędźwi i karku, mrowienie w kończynach, przewlekłe zapalenie migdałków, spojówek, infekcje jelit, nerwica… Traciłem poczucie sensu życia, nadzieję na to, że kiedykolwiek cokolwiek da mi spełnienie i miłość. Rozwaliłem się kompletnie.

Zerwałem z dziewczyną – po bardzo wielu próbach w końcu mi się udało. Myślałem, że odżyję, odbiję sobie ośmioletni związek i wszystkie moje starania, a było coraz gorzej. Tkwiłem w głębokiej depresji, miałem myśli samobójcze. Dzień po moich trzydziestych urodzinach leżałem w łóżku owinięty dwiema kołdrami, trzęsąc się z zimna. I ze strachu przed tym, co przyniesie mi przyszłość. Byłem w stanie maniakalno-depresyjnym, a nastroje zmieniały się co parę minut. Myślałem, że umrę. Czułem, że znikam albo że mnie nigdy nie było. A przede wszystkim, że nie zaznam miłości i za nic w świecie nie będę szczęśliwy. Nie wiedziałem, kim jestem i czy Krzysiek Syput może kiedykolwiek znaczyć coś więcej niż średnio popularne imię i niepopularne nazwisko. Poczułem absolutną pustkę w sercu i umyśle. Po chwili z tej pustki zaczęły wyłaniać się słowa. Same do mnie przychodziły i zaczęły tworzyć tekst. Nie były moje i nie pasowały do tego, co działo się we mnie i dookoła. Zasnąłem wycieńczony. Następnego dnia moja przyjaciółka wysłała mi maila.

[fragment Ragazzo malato – RM]

„Otworzyłem skrzynkę pocztową, zauważyłem maila od Sophie. Napisała, że zapomniała o moich urodzinach i to takich szczególnych, trzydziestych. Życzyła wszystkiego dobrego, pytała, jak świętowałem i czy odnalazłem siebie, czy już wiem, kim jestem. Do wiadomości dołączyła trzy linki do filmów na YouTube – nagrania nauczyciela duchowego Eckharta Tollego. Dwa z nich trwały po godzinie, jeden pięć minut, otworzyłem go i osłupiałem. To była wypowiedź Tollego z piękną muzyką w tle, zrobił ją ktoś z internautów i pod nazwą „End of the ego – the awakening by Eckhart Tolle” umieścił na YouTube. Ten jeden filmik zasypał najgłębszą bruzdę mojego mózgu – Valles Marineris cierpienia. Eckhart powiedział:

– Nie istnieje ego ponad myślami. Identyfikacja z myślami tworzy ego. Ale myśli, które nosisz w twojej głowie, nie są tak naprawdę twoimi myślami. Wynikają z kultury, w której żyjesz, z całokształtu ludzkości, więc nie są twoim wytworem, większość z nich zaadoptowałeś od całego kolektywu. Identyfikujesz się z nimi, a identyfikacja tworzy ego, co oznacza, że po prostu wierzysz w każdą pojawiającą się myśl, a istotę tego, kim jesteś, wyciągasz z tego, co twój umysł ci podpowiada. Niektórzy mówią do siebie: „jestem taki wspaniały, dlaczego świat mnie nie zauważa?”, czasem umysł zwraca się do nich per ty: „jesteś beznadziejny, ty jesteś zupełnie beznadziejny. Nigdy nic nie osiągniesz. Wszystko, co tylko mogłeś, już w życiu spieprzyłeś, nieprawdaż?”. Kto mówi do kogo? To umysł stworzył tę drugą osobowość i ona z tobą rozmawia, ocenia cię, a ty w to wierzysz i nagle tracisz poczucie własnej wartości. Dlaczego masz niskie poczucie własnej wartości? Bo wierzysz w swoje myśli. Dlaczego je wytwarzasz? Prawdopodobnie je zaadoptowałeś, może w dzieciństwie, może twoja matka była tak zestresowana, że wmówiła ci, iż nie jesteś wystarczająco dobry. Przejąłeś je, utknęły w twojej głowie, stały się małymi istotami, które nie chcą odejść. Im bardziej w nie wierzysz, tym bardziej zakotwiczają się w twoim umyśle. Niektórzy ludzie są pod ciągłą presją ze strony tych wrogich, negujących życie bytów. Używam słowa byty nie w jakimś dziwnym znaczeniu – każda myśl jest formą energii i jako taka może być nazywana bytem. Na tym świecie jest wielu ludzi wypełnionych po brzegi wrogimi, negującymi życie, krytycznymi i atakującymi bytami, które noszą w swoich głowach i wierzą, że nimi są. Dlatego są ciągle agresywni w stosunku do siebie samych, a jeżeli nie atakują samych siebie, to atakują innych dookoła. Znasz to słynne powiedzenie: „nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są, widzimy je takimi, jakimi sami jesteśmy”? Oznacza, że patrzysz na rzeczywistość przez pryzmat swojego myślenia i swojego osądu, który został ukształtowany przez przeszłość. To jest okropne więzienie, rodzaj zaślepienia – spoglądanie na rzeczywistość ukształtowane pod wpływem przeszłości, w której system kar i nagród narzucanych przez rodzinę i społeczeństwo kazał ci uznać, że jesteś tym, kim oni chcieli, abyś się stał. Więzienie jest tym ciaśniejsze, im bardziej się z nim identyfikujesz, wierzysz tym istotom i w swojej głowie nie masz nic poza strumieniem myśli. Tu dochodzimy do najistotniejszej rzeczy – braku przestrzeni w umyśle. To jest stan nieświadomości, w pojęciu nauk duchowych – absolutnej nieświadomości. Wtedy jesteś obarczony tym ciężkim ego, ty stajesz się ego, które nie jest bytem oddzielonym od myśli, to są myśli, z którymi się utożsamiłeś. Pierwszy moment wolności nadchodzi, gdy uświadomisz sobie, że myśli, które nosisz w swojej głowie, są tam od lat i że to są tylko myśli, a ty nie jesteś myślą, ty jesteś świadomością. W życiu każdego, w codziennym, prostym życiu, rzeczy się nie układają, nie zdążysz na autobus, utkniesz w korku, stracisz pieniądze, co jest normalne, ale jeśli masz w głowie myśl: „mnie zawsze przydarzają się złe rzeczy”, to jesteś bardzo skupiony na negatywach, widzisz ich więcej i dostajesz potwierdzenie, że masz rację. To jest selektywna percepcja rzeczywistości, którą odbierasz przez filtr myślenia, ale nie tylko. Po prostu nieprzyjaznymi myślami przyciągasz do siebie nieprzyjazne zdarzenia. Wolność przychodzi wraz z wycofaniem się, zrobieniem miejsca wewnątrz umysłu, zawsze w teraźniejszości. Od tego momentu zauważasz, jak powtarzalne są niektóre myśli i że są tylko myślami. „Złe rzeczy zawsze przydarzają się mnie” – o! Znów się zaczyna. Ta myśl pojawiła się wcześniej. Uwolnienie się od ego to uwolnienie się od identyfikacji z myślami. To jest kres ego, początek wolności. Ono mogło jeszcze nie odejść całkowicie, niewykluczone, że będzie pojawiać się częściej lub rzadziej – to nie ma znaczenia, zauważysz je, bo już się przebudziłeś.

Filmik się skończył. Osłupiałem. Patrzyłem w ekran komputera, na którym nic się już nie działo, miałem otwarte usta, nie mrugnąłem nawet okiem. Głośniki brzmiały ciszą jak mój umysł. W tej jednej krótkiej chwili zrozumiałem, że ten ciężki bagaż, przeciągła walka, staranie się o tę czy inną część życia, że to są tylko generujące cierpienie myśli, w dodatku, jak powiedział Tolle, nie moje myśli, lecz przejęte od ojca, matki, znajomych, z telewizji, i że ja nie mam z nimi nic wspólnego. Wsadziłem słuchawki do uszu i poszedłem spotkać się z Jankiem. Po drodze słuchałem tego nagrania w kółko, chyba z sześć razy. Janek wyszedł przed dom.” [KONIEC FRAGMENTU RM]

Parę dni później siadłem do laptopa i zacząłem pisać. W głowie miałem dokładnie te same słowa, co wtedy w łóżku. To był początek pierwszego rozdziału RM. Zrozumiałem, że ciągła pogoń za osiągnięciami, związkami i wszystkim – dosłownie wszystkim, co zewnętrzne, jest pędem donikąd. Po prostu powtarzam schematy wpojone mi przez ojca i społeczeństwo. To były kompulsywne myśli – nic więcej – które owładnęły moim umysłem i kazały szukać, starać się aż do upadłego. Zauważyłem, że im bardziej się starałem, tym gorzej wychodziło. Tkwiłem w szaleństwie. Przestałem wyciągać własną wartość z tego, co mówił głos w mojej głowie, przestałem oceniać siebie i innych. Dostrzegałem coraz więcej powtarzalnych nieuświadomionych schematów, które mną kierowały. Akceptowałem wszystko i otworzyłem się na życie, na to, co chciało mi przynieść. Życie zawsze chciało mnie wspierać, ale najpierw musiałem mu na to pozwolić. Odpuściłem, wyluzowałem, wyłożyłem się na burzę, która przez trzydzieści lat przetaczała się przez moje wnętrze i świat dookoła mnie. Poznając nauki duchowe, psychologię i filozofię, spojrzałem w głąb własnego istnienia. Tam dostrzegłem miłość i spełnienie – to one mnie odnalazły, w zasadzie zawsze tam były. Nie musiałem na nie zapracować, starać się czy walczyć. Mój świat zmienił się nie do poznania – atmosfera w robocie, związki z kobietami i przyjaciółmi. Przeszedłem na wegetarianizm, zacząłem ćwiczyć jogę. Stałem się szczupły i wysportowany. Wszystkie dolegliwości zniknęły, a uzależnienia – oprócz fajek – odeszły same. Ten nałóg też się wypali – gdy będę na to gotowy.

Po dwóch latach rzuciłem pracę w szpitalu, bo pisanie okazało się przynosić mi znacznie więcej piękna niż operowanie. Oddałem się temu, co naprawdę kocham. Upłynęły dwa kolejne lata i miałem napisane trzy książki, z których dwie już wydałem. Zmieniło się wszystko, bo ja się zmieniłem. Tak naprawdę to pozwoliłem życiu mnie zmieniać. Ten proces trwa dalej, a ja płynę z jego prądem, pozwalam mu się unosić. Poznaję kolejnych wspaniałych ludzi i przychodzą do mnie nowe niesamowite doświadczenia. Podejmując wiele działań, rozwijam się. Odkrywam siebie i chcę się tym dzielić. Dzięki temu na ekranie twojego komputera może pojawić się tekst, który właśnie czytasz.

Cała nasza egzystencja przypomina falę. Jej dolne odchylenia – ciężkie chwile, życiowe upadki, cierpienie – są momentami, w których należy spojrzeć do wewnątrz i dać sobie przyzwolenie na przemianę serca i umysłu. Nie – trzymać się kurczowo utartych szlaków, tylko rzucić się w nieznane. Tak, życie chce cię prowadzić i wspierać, ale najpierw musisz się na nie otworzyć.

 

Spread the love:
  •   

14 komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *