Związki

Californication – part 7/12 – idioci kłamią, idealiści nie

To był sierpień 2018 roku, kilka dni po moich trzydziestych czwartych urodzinach. Trwała właśnie druga redakcja Ragazzo malato (RM), a z Mają – tą samą, która zrobiła okładki moich książek – nagrywaliśmy muzykę do trailera RM. Lato stawało się coraz bardziej skomplikowane i to nie tylko dlatego, że wplątałem się w coś, o czym nie miałem pojęcia – robienie muzyki – a co ku mojemu niedowierzaniu udawało się i krok po kroku wydawało się mieć coraz większy sens. Gdy postanowiłem wyjebać się na małą – z całych moich sił i kompletnie nieprawdziwie (tego akurat wtedy nie wiedziałem), ona zaczęła latać za mną jak popierdolona – dosłownie. Byłem przekonany, że jest we mnie szalenie zakochana, a odstawia tę całą szopkę – wciągając mnie i jednocześnie odrzucając – bo się boi. Przyjaciółka opowiedziała mi, że robiła to samo ze swoim facetem, a są razem już pięć lat – szczęśliwi.

– Wiedziałam, że to wszystko zależało ode mnie, że mogłam go odrzucić albo wziąć. Ale wiedziałam też, że gdy z nim będę, to popłynę kompletnie. Popłynę tak, że zmieni się wszystko, całe moje życie – a tego się bałam. I to się stało – powiedziała kończąc swoją historię.


Californication: Part 1, Part 2, Part 3, Part 4, Part 5, Part 6, Part 7, Part 8, Part 9, Part 10, Part 11, Part 12


Nie miałem jednak pojęcia, co mam robić, więc zacząłem się zachowywać jak gówniarz i odtrącać małą. Byłem idiotą, bo postępowałem kłamliwie, ale nie wiedziałem, że to robię – nieświadomie oszukiwałem samego siebie. Potem nieco się otworzyłem, zaczęliśmy gadać i wtedy tak się przeraziłem, że musiałem spierdolić i urwać to, co się zaczynało wykluwać. Pomyślałem, że ona po raz kolejny robi to samo – że mnie podrywa, potem wszystkiego się wyprze, a przyjaciele znów będą mnie zeskrobywać z podłogi – jak największego piździelca w galaktyce. No i to urwałem – tak jakby. Widać nie tylko w kwestii tworzenia muzyki nie miałem pojęcia, co robię. Tak naprawdę nigdy nie rozumiałem tego, co dzieje się w moim życiu ­­– ani w momencie, gdy zaczynałem studia na wydziale lekarskim, pracę w szpitalu, ani gdy po kliknięciu kolejnych klawiszy laptopa, na jego ekranie pojawił się napis „Ragazzo malato” i zacząłem pisać pierwszą książkę. Jedynie mi się wydawało, że rozumiem. Całe życie wplątany byłem w robienie czegoś, o czym nie miałem pojęcia, ale dopiero gdy zabrałem się za muzykę i za małą, to stało się dla mnie jasne. W przypadku muzyki wszystko się udawało, jeżeli chodzi o małą było dokładnie na odwrót.

A Moody zaczynał właśnie nowe i szczęśliwe życie z Karen. Ona w przeciwieństwie do małej zechciała spojrzeć w swoje serce, zrobiła to i uciekła z Hankiem. Siedziałem na tarasie mieszkania, Maja nagrywała skrzypce do drugiej części trailera, a ja płynąłem w morzu fascynacji muzyką, pisaniem, szczęściem Hanka i Karen, płynąc jednocześnie w rzece emocjonalnego gówna, w którą wepchnęła mnie mała.

Powieść Moodiego – Fucking and punching – zostaje wydana przez Mię i osiąga ogromny sukces. Ona doskonale bawi się niewłasnym dokonaniem, zaczynając umawiać się ze swoim literackim agentem. Do tego czasu Karen i Hank zdążyli się już rozejść – dlatego, że Hank był fiutem, to jasne – i wrócić do siebie. Teraz, gdy wszystko się układa, mają w końcu wyjechać do NY. Hank to idiota, bez dwóch zdań, ale ludzie często nie widzą, że kłamiąc lub dymając inne, zakłada kondoma na prawdziwą miłość, która jest dla niego najważniejsza – robiłem dokładnie tak samo. Oboje izolowaliśmy się od uczuć. Ale to nie znaczy, że nam nie zależało. To znaczy, że nam zależało zbyt mocno – za bardzo się baliśmy – siebie samych. W każdej krzywdzie wyrządzonej innym jest autodestrukcja. Coś musi najpierw umrzeć, żeby narodziło się nowe. Gdy umiera głupota, lęk, niedojrzałość – nazwijcie to jak chcecie – umiera w bólach. I rodzi się nowe życie.

Agent Mii dowiaduje się, że za Fucking and punching stoi prawdziwa historia – i to spisana przez Hanka. Mia nie jest w stanie wycisnąć z siebie nawet paru stron dobrego tekstu, pęka i opowiada wszystko swojemu facetowi. Ten proponuje Moodiemu, żeby ich epizod ujrzał światło dnia – Mia opowie, że go uwiodła, ukradła książkę, on dostanie z powrotem swoje dziecko, a ona jeszcze trochę fejmu i nie postawi mu zarzutów za „gwałt na nieletniej”. Hanka oblewa zimny pot, bo wie jak to się skończy dla niego i Karen – gdy niewypowiedziana prawda – kłamstwo – ujrzy światło dzienne. Idzie pogadać z Mią.

– Myślałam, że to dobry pomysł, wtedy – mówi Mia, odnosząc się do kradzieży książki. Jednak to wcale nie jest takie wspaniałe, być sławną bez żadnego powodu. Czasem sobie z tym radzę – jest spoko i wtedy przypominam sobie… To jest problem z kłamstwem, Hank –wypływa na powierzchnię w bardzo przekorny sposób.

W tym momencie przychodzi jej manager i chłopak, a Moody każe mu spierdalać. Zaczynają gadać i Hank gotuje się w środku, bo widzi jak na dłoni, że ten typ po prostu chce zrobić biznes – na jego nieszczęściu, dlatego lutuje go w pysk. Hank też obrywa, wpadają do basenu, a tam Moody rozkwasza mu twarz. Wie już, że jest pozamiatane. Z rozbitą gębą jedzie do Karen, żeby jej wszystko opowiedzieć – zanim dowie się tego z gazet. Zaczyna grać Rocket man Eltona Johna, nie słychać wypowiadanych słów. Karen stoi w kuchni w purpurowej koszuli, jej oczy powoli nabierają tego samego koloru. Rzuca się na Hanka z pięściami, potem go odpycha. Wybiegają na ulicę. Przyjeżdża wezwana przez faceta Mii policja. Skuwają Moodiego. Becca biegnie za nim do radiowozu, ale Karen ją zatrzymuje.

Rzeka kłamstwa i wynikającego z niego emocjonalnego gówna porwała najpierw mnie, potem Hanka. I znów płynęliśmy razem.

Link do kolejnej części ––> part 8/12 – samobój

 

Spread the love:
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *