Najpopularniejsze wpisy,  Związki

Californication – part 1/12 – dlaczego wszyscy kochają idiotów

To interesujące, że pewne momenty życia nacechowane są muzyką, książkami lub filmami, które nam w nich towarzyszą. Czasem wydają się wręcz opowiadać naszą historię – albo jej przeciwieństwo. Tak czy inaczej w jakiś sposób z nami rezonują. Dokładnie to stało się w wakacje 2018 roku – wydawało się, że przeżywam na raz dwie historie i obydwie mnie dotyczą. Jedna działa się w trójwymiarze rzeczywistości zewnętrznej, druga – na ekranie laptopa. Nazywała się Californication. Była jeszcze trzecia – film, który odtwarzał mój umysł.

Jeszcze jedno. Nie wiem, czy jest to oczywiste, czy nie, ale w tekście znajduje się cała masa spojlerów dotyczących serialu.

Part 1/12 – dlaczego wszyscy kochają idiotów


Californication: Part 1, Part 2, Part 3, Part 4, Part 5, Part 6, Part 7, Part 8, Part 9, Part 10, Part 11, Part 12


Dlaczego wszyscy kochają idiotów? Wszyscy, tylko nie ci, których kochają idioci. Bo idioci nie kochają. Wszyscy jesteśmy idiotami.

To nie do końca prawda, że głupcy nie kochają. Kochają na swój sposób, nie wiedząc, czym jest miłość. Nikt z nas nie wie, ale wszyscy się tego dowiadujemy – odkrywamy to.

Gdy zacząłem oglądać Californication, tkwiłem w bardzo popapranym okresie życia – tak jak bohater serialu, Hank. Byłem jak on. I nie jak Hank. I jak nie-Hank. Wtedy wiedziałem już, że napiszę czwartą książkę.

Gdy zacząłem oglądać Californication, byłem przekonany, że będzie dość śmieszną i całkiem pustą – albo inaczej: pełną amerykańskiego chłamu – opowieścią o znanym pisarzu, który nie pisze, hajs ma nie wiadomo skąd i zalicza o ponad połowę młodsze od niego dziewczyny. Myliłem się. Tom Kapinos stworzył ten serial. Zrobił też Dawson’s Creek i Lucyfera. W Dawson’s Creek  zakochałem się jako szczeniak – w zasadzie w Joie granej przez Katy Holmes. Bo miała ten słodki baby-face i duże czarne oczy. Ale zakochałem się też we wszystkich odcinkach filmu. Kapinos ma chyba bardzo podobną do mnie wrażliwość i filozofię – wydaje mi się, że wierzy, że miłość zawsze wygrywa. Uważam go za genialnego twórcę, a stało się tak po obejrzeniu Californication.

Serial zaczyna się tym, że Hank wali, co się tylko rusza i nie ma niczego między nogami, i jest przynajmniej o połowę młodsze od niego – nawet zakonnicę, choć ją akurat tylko we śnie. Ma czterdzieści sześć lat, może więcej, jeździ starym Porsche i chleje. Jest znanym pisarzem, zrobił trzy książki, odniosły sukces, a na podstawie ostatniej nakręcili film. Hank nie potrafi nic więcej napisać. Okazuje się jednak – po pewnym czasie – że Hank Moody to tylko fasada. Tak naprawdę do kości kocha swoją byłą dziewczynę Karen – tyko dziewczynę, bo ślub im nie wyszedł. Chyba najpierw on nie chciał, potem ona nie chciała, potem oboje nie chcieli czy jakoś tak. Ten wątek ma raczej poboczne znaczenie, bo wszystko rozbija się o to, że gdy Moody stał się sławny, to miał Karen głęboko gdzieś – tak przynajmniej twierdzi ona – imprezował, chlał, spędzał niezliczone godziny na planie filmu ekranizującego jego książkę, a w domu spędzał nieliczne tylko godziny i to jedynie na kacu. Karen go zdradziła, uczuciowo, ale (oczywiście) na emocjonalnego kutasa innego kolesia nadział ją Hank – swoją infantylnością i perspektywą na rzeczywistość ograniczającą się do wąskiej przestrzeni w jego własnej dupie. Do tego nosił frajerski kapelusik, więc się wcale Karen nie dziwię. Żartuję, kapelutek był całkiem spoko – jak u typowego hipstera z NY, z którym Moody do krwi się utożsamia – jest przecież pisarzem, a jak pisać, to tylko w NY.

Właśnie w Nowym Yorku się poznali, przelecieli, a Hank spalił tonę szlugów i blantów, gdy test ciążowy zrobiony przez Karen pokazał dwie kreski. Chciał spierdolić, ale nie potrafił. Chciał ją namówić na skorzystanie z wyjścia ewakuacyjnego, ale ona nie chciała. No i pojawiła się Becca – po parunastu latach wyrosła z niej taka trochę gothka, co gra na elektryku i słucha metalu, mądrzejsza od swoich rodziców i stanowiąca ostoję rozsądku w ich popapranym związku. Próbowali wiele razy, ale im nie wyszło i jak tylko przestali próbować, to Moody rozwinął dwubiegunówkę polegającą na wyżej wspomnianym waleniu wszystkiego, co ma nogi i kompulsywnym lataniu za swoją byłą. Udając luzaka, jednocześnie ciągle podkreśla, jak to mu na niej zależy i że przecież ona kocha tylko jego. Ale Karen ma aktualnie faceta – dość nudnego, przypominającego mentalno-fizyczną krzyżówkę pruderyjnego Brytyjczyka i troglodyty (bo ma żuchwę jak kanał La Manche) bogatego wydawcę – Billa. Niebawem będą się chajtać, co u Hanka wywołuje koszmary oraz maraton chlania i grzmocenia. I przerażenie, że to naprawdę się stanie. Chyba rzeczywiście ma szósty zmysł, który mu podpowiada, że Karen tak naprawdę nie chce chajtać się z Bilem, tylko z nim. Jednak Karen zdaje sobie sprawę, że gdy on ją dostanie, to z całego jego pseudozaangażowania zostanie tylko przedrostek, a ona zostanie z ręką w kiblu. I wydaje się, że może mieć rację. Raz, gdy w domu jej faceta Moody się do niej przykleił, to powiedziała mu coś, czego nie zapomnę do końca życia ­– bo w całym moim byciu jak nie-Hank, w tym jednym aspekcie byłem dokładnie jak on. Karen powiedziała do niego, że on jej nie kocha, on kocha tylko ideę miłości, coś, co wytworzył jego artystyczny umysł – ale to nie jest realne. A – to już moja konkluzja – skoro to nie jest realne, a jest w jego umyśle, to znaczy, że jego idea musi być wewnętrznie sprzeczna. I była. Moody po angielsku znaczy „kapryśny”. Kapryśne są dzieci, bo są niedojrzałe – chcą czegoś i nie chcą zarazem. Albo pragną jednocześnie dwóch wykluczających się rzeczy.

Gdy zacząłem oglądać Californication, byłem jak nie-Hank oprócz tego jednego aspektu – tak jak on byłem kompletnie niedojrzały – emocjonalnie. Miałem trzydzieści cztery lata, napisane trzy książki, a żadnej jeszcze nie wydałem. I byłą dziewczynę o najwspanialszym sercu, jakie spotkałem na tej planecie, o której wiedziałem, że już nigdy nie będzie moja. I że tak musi być. I że z jakiegoś nieznanego mi powodu to jest słuszne. Niczego nie dymałem, bo zacząłem się bardzo zmieniać i właśnie dlatego ten okres mojego życia nazywam popapranym.

Na początku serialu wydaje się, że główny bohater świetnie się bawi, bo w sumie to kto by nie chciał takiego życia. Po kilku odcinkach okazuje się, że takiego życia nie chce przede wszystkim Hank, a wraz z nim ten ktoś, kto ogląda na Netflixie ten serial – w tym przypadku ja. Moody chce być z Karen. I nie chce być z nikim innym. A ona nie chce być z nim. Byłem jak Hank. Wcześniej mi się wydawało, że za takie życie jak Moodiego to bym sobie dał coś odciąć, że w moim łóżku chciałbym mieć zamontowaną taśmę jak w fabryce, która automatycznie zmienia prześcieradło po każdej nowej dziewczynie. Wydawało mi się, że atencja ze strony lasek to Mount Everest życia. Dużo mi się wydawało, ale gówno wiedziałem. Bałem się miłości, bałem się zakochać, a przedmiotowe podejście do kobiet było najlepszą obroną. Tyle że na nie też do końca nie potrafiłem się zdobyć – dlatego na zabój się zakochałem. Dostałem w mordę, nie potrafiłem się pozbierać i nie chciałem odejść. Byłem jak Hank.

Nie byłem jak Hank, nie będąc jednocześnie jak nie-Hank – czyli jego przeciwieństwo – bo dawna miłość zniknęła z mojego życia i wiedziałem, że nigdy nie wróci, a nowe zakochanie było tak silne i popierdolone, że świat zewnętrzny zaczął tracić znaczenie, wirować i znikać zarazem. W tym czasie atencja, którą dostawałem od kobiet, sięgnęła zenitu, jednocześnie przestając mnie w ogóle interesować – bo zaczęła mnie interesować tylko ta jedna dziewczyna. I tak mi dojebała, że przyjaciele musieli mnie ściągać z miłosnego ringu, a ja długo nie mogłem się obudzić. Chciałbym jeszcze dodać, że właśnie przez kompulsywne szukanie uwagi u dziewczyn rozjebał się mój poprzedni związek – z Kają (tą, która jest najczystszym sercem, jakie spotkałem i w głębi niego wie, że – jak sama kiedyś powiedziała – jest aniołkiem). Gdy Kaja dowiedziała się ode mnie, jak bardzo się zakochałem – tak że nawet po pierwszym nokaucie nie przestawałem mamrotać „to nie koniec i z małą to jeszcze będziemy razem” – zerwała ze mną kontakt, przestaliśmy być nawet przyjaciółmi. Myślałem, że to się nigdy, przenigdy nie stanie. Nie byłem jak Hank – Hank miał jaja albo przynajmniej udawał, że je ma, a ja miałem tylko emocjonalnego Downa – jak Hank.

Wszyscy – tylko nie ci, których kochają idioci – kochają idiotów. Chcą ich obdarować miłością, której idioci nie znają. Miłość, tak jak woda, zawsze szuka najniższego poziomu, żeby go wyrównać. Ci, których kochają idioci, wiedzą, że idioci może i chcieli by kochać, ale nie potrafią. Dlatego uczucia idiotów pozostają nieodwzajemnione – tak długo, jak długo pozostają idiotami.

Link do kolejnej części ––> part 2/12 – w kim zakochują się idioci

 

Spread the love:
  •   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *