Komedia

Jak ojebać kumpli na hajs i zrobić tak, żeby cię lubili (Operacja „Łupacz”)

Kluczowym słowem w poniższym tekście, swoistą furtką do sukcesu związanego z powyższym tytułem, jest manipulacja. I nie mówię tutaj o jakichś gównianych towarzyskich gierkach czy nudnej zabawie psychiką drugiego człowieka. Nie! Chodzi mi o zupełnie inny kaliber… Różnica jest taka, jakby porównywać Korsarze do dwudziestometrowego atomowego cygara z Pjongjangu. Te pierwsze są chuja wartą rozrywką, atomowa rakieta natomiast jest praktycznym aspektem władzy, generującym cały wachlarz korzyści. Manipulacja, o której mowa – podobnie do wycelowanego w państwa ościenne cygara – jest ukierunkowana. W pierwszym rzucie jest nastawiona na znalezienie podatnego na manipulację kumpla, czyli tak zwanego Frajera. Frajera można poznać przede wszystkim po tym, że jest dla wszystkich miły i wszędzie szuka pozytywnych wartości. No i bardzo dba o drugiego człowieka. Należy od razu zauważyć, że manipulując Frajerem, nie robimy niczego złego, bo pozwalamy mu znaleźć pozytywne wartości w naszym działaniu, a także o nas zadbać. Czyli tak naprawdę to kumplowi-frajerowi wyświadczamy przysługę. I tego należy się trzymać! Manipulację zaczynamy od metody małych kroczków w stronę pożądanych przez nas korzyści materialnych oraz wielkich skoków w kierunku zaspokojenia gówno wartych emocjonalnych potrzeb Frajera. W świetle obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość Frajer – bo jakże by inaczej – jest ofiarą. Ale manipulacja właśnie dlatego jest manipulacją, że pozwala na totalne obrócenie rzeczywistości do góry nogami i konsekwentną implementację takiego odwróconego obrazu Frajerowi. Wmawiamy mu, że sami jesteśmy ofiarą – czegokolwiek. Życia, molestowania przez księdza, komunistów, faszystów, podatków, genetyki… Można  podawać niezliczone przykłady, sęk w tym, aby ofiara nie była w stanie dotrzeć do prawdy, że fakty czyniące z nas ofiarę są (delikatnie rzecz ujmując) naciągane.

No to teraz trochę praktyki. Siedzimy sobie z kumplami i wymyślamy jakąś historię, jak to nam życie dojebało i że nie możemy się pozbierać. Bacznie obserwujemy, kto reaguje i chce nam pomóc. Skupiamy na nim swoją uwagę i rozbudowujemy mit. Pełna czujność! Frajer łyka te głodne kawałki jak gwiazda porno trzydziestocentymetrową pałę. Gdy tak właśnie się dzieje,  odwzajemniamy się kumplowi-ofierze szeroko pojętymi wdzięcznościami słownymi i cielesnymi. Chwalimy go, przytulamy, mówimy, że byśmy sobie bez niego nie poradzili, że jest wspaniałym człowiekiem, że mało kto ma w tych czasach serce… a przede wszystkim od razu nazywamy go swoim przyjacielem. Znów pełna czujność! Obserwujemy, czy emocjonalne bullshito ma dla ofiary wartość złota. Tak zapewne jest, a wtedy dalej karmimy go tym gównem i powoli nadziewamy na haczyk, którego – ze względu na słowne znieczulenie – nawet nie poczuje. Ofiara jest już solidnie nadziana – niczym ślepa kiszka kaszanką (ang. termin techniczny stuffed with kaszana)  – ale pompujemy ją dalej, tak żeby prawie pękła. Gdy zauważamy lekki opór, na przykład:

– Daj spokój, nic wielkiego dla ciebie nie zrobiłem.

to znamy granicę możliwości absorpcyjnych Frajera. W tym momencie sytuacja wygląda następująco: ofiara połknęła przynętę, jest nadziana na haczyk, którego głębiej nie da się już wbić. Od tej pory dalsze określanie Frajera jako ofiary nie jest już uzasadnione i przejdziemy do określenia Łupacz. A to dlatego, że od tego momentu będziemy go łupić ze wszystkiego, co ma. Ponadto Łupacz to strasznie głupie słowo, a Frajer jest przecież urodzonym idiotą. A jeszcze ponadto Melanogrammus aeglefinus, czyli tytułowy łupacz z rodziny dorszowatych, jest rybą, czyli generalnie żyje po to, żeby go nadziać na haczyk, co dowodzi również tego, że ryby są głupie – tak samo jak słowo „łupacz”. Istnieje jeszcze wiele innych ryb o głupich nazwach – na przykład rekin młot (inaczej: głowomłot pospolity – sphyrna zygaena) czy ryba piła – które mają jakiś rodzaj narzędzia na swoim tępym łbie.

Łupacza izolujemy od reszty kumpelskiej ławicy, bo „tak fajnie się z tobą gada, a pozostali to nas nie rozumieją”. Idziemy z nim na browara czy na cokolwiek innego, za co trzeba zapłacić. Tam się okazuje, że zapomnieliśmy portfela. Niczego nie proponujemy, tylko czekamy na reakcję. Łupacz prawdopodobnie sam się zdeklaruje, że zapłaci. Grzecznie dziękujemy i komplementujemy. Nie oddajemy hajsów i sprawdzamy, czy się Głowomłot upomni. Jak się nie upomina, to zacieśniamy emocjonalną więź, stając się najlepszym kumplem. I wtedy, właśnie wtedy dopada nas straszna choroba, która pozostawała w ukryciu od wczesnego dzieciństwa – najlepiej jakieś zaburzenie psychiczne, które można łatwo udawać. Na przykład:

  1. zespół Aspergera,
  2. upośledzenie zdolności niewerbalnego uczenia się,
  3. całościowe zaburzenie rozwoju,
  4. zaburzenie semantyczno-pragmatyczne,
  5. zespół wielu złożonych zaburzeń rozwojowych

czy hiperleksja. Generalnie coś ze spektrum autyzmu. I to nam nie daje żyć, pracować i zaczynamy myśleć o samobójstwie. Nieprzerwanie żalimy się Łupaczowi, on nas pociesza, tragedia trwa… aż tu nagle zapierdalamy mistrzowskiego twista – takiego, że Łupacz kompletnie traci orientację w czasoprzestrzeni.

– Wszystko się odmieniło ­– oznajmiamy ­– gdy poszedłem do:

  1. kościoła rzymsko-katolickiego,
  2. synagogi,
  3. zboru,
  4. świątyni Zaratusztrian,
  5. siedziby towarzystwa ateistycznych nihilistów

czy czegoś podobnego.

– Tam przemówił do mnie:

  1. Jezus,
  2. Jahwe,
  3. Jezus w przebraniu Popa,
  4. Ahura Mazda
  5. Albo prawdziwy wymiar mojego własnego umysłu, która wyłonił się z pustki.

­I On powiedział:

– Przeto otrzymałeś trójcę darów: ciężar choroby i lekkość odkupienia oraz przyjaciela, który plony odkupienia pomnoży.

I skończył przemawiać. A wtedy zrozumiałeś, że odkupienie ma przyjść jako pomoc innym chorym na tę samą formę autyzmu, a zesłanym przez Boga przyjacielem jest oczywiście Łupacz. Łupacz zaczyna się pałować i kminić, jaką to ma ważną życiową funkcję i że wszystkie jego dobre uczynki miały głęboki sens. Pierdolisz mu jakieś farmazony, że się spotykasz z innymi autystykami i oni nagle zdrowieją, i ty też zdrowiejesz, ale jeszcze nie do końca, bo ta szarańcza powraca (to na pewno złe moce), trzeba zrobić coś jeszcze, coś większego, donioślejszego, w pełnym wymiarze godzinowym…

– Zaraz, zaraz! – łapiesz się za głowę w obecności Łupacza. – Plony pomnożyć… – i nagle wykrzykujesz:

– Przecież tu chodzi o założenie fundacji!

Łupacz szczytuje w swoim umyśle, ma przeróżne wizje świetlanej przyszłości i jest kompletnie nieświadomy tego, co właśnie nadchodzi. Wtedy pożyczasz od niego duże hajsy na pomnożenie plonów. W przypadku, gdy Łupacz chce się zaangażować inaczej niż materialnie,  skutecznie izolujesz go stwierdzeniem:

– To moja droga do odkupienia, przyjacielu. Twoja finansowa pomoc jest tylko mnożnikiem.

Gdy masz już piniundze, to nagle się okazuje, że ktoś cię wykorzystał, oszukał, zmanipulował… Straciłeś wszystko i już miałeś się zabić, ale wtedy coś cię tknęło i znów wybrałeś się do Świątyni. Tam ten sam głos przemówił:

– Wiara twoja i przyjaciela wielka była i stukrotne plony mieć będzie. Niepowodzeniem się nie umartwiajcie. Owoce będą wam dane.

I nagle zdrowiejesz i czujesz, że życie Łupacza też się odmieni. Przytulasz go, dziękujesz za wszystko, utrzymujesz dalsze wspaniałe kontakty i przygotowujesz plan na kolejne ostre dojenie go z hajsów.

Kolejny komediowy artykuł ––>

Sklep z żywnością ekologiczną polem walki pomiędzy szaloną wegano-wegetario-naturopatką a Bogu ducha winnym sprzedawcą – panem Żubrem

 

Spread the love:
  •   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *