Związki

Jak odnaleźć miłość i rozwiązać swoje problemy

Gdy byliśmy dziećmi miłość wydawała się taka prosta, szczera i prawdziwa. Poznajesz właściwą osobę i to się dzieje. Świat dookoła zwalnia, prawie znika, a wy jesteście poza czasem. I tak zostaje na na zawsze. Czemu to się nie wydarza? Albo wydarza się ekstremalnie rzadko. A może tego nie ma? Może ta głęboka, prawdziwa romantyczna miłość nie istnieje?

Jakiś czas temu strasznie się zakochałem. Chyba pierwszy raz w życiu tak mocno. Albo inaczej – pierwszy raz w życiu tak szalenie. To uderza w ciebie jak błyskawica. I zaczyna ciebie posiadać, w zasadzie staje się tobą, bo ciebie tam nie ma. Falling in love – to z angielskiego, dosłownie: upadać w zakochanie. Bo w tym jest idea upadku. A w upadku człowieka, jego biblijnym wygnaniu z raju, jest idea wolności – wolnej woli i możliwość powrotu. Ta dziewczyna nie będąc tego w ogóle świadomą – o czym jestem przekonany – złapała mnie za serce i ścisnęła tak mocno, że prawie się udusiło. A ja tego chciałem, bo tym jest zakochanie. Jest oddaniem kontroli, kompletnym oddaniem kontroli. „Weź mnie i zrób ze mną, co chcesz”. To jest zakochanie, nie: miłość, lecz zakochanie. Dlatego tak bardzo się go boimy. Myślałem, że przeżywam coś najbardziej prawdziwego na świecie i że to musi się udać. Ale ona była kompletnie zamknięta – emocjonalnie, jak najbardziej płochliwy na świecie kot. Podrapie cię za każdym razem, gdy chcesz go pogłaskać, a gdy odchodzisz zaczyna miałczeć. Ja byłem jak pies, taki który dla swojego właściciela zrobi wszystko, nie zwracając przy tym większej uwagi, jak on go traktuje.

Mój nauczyciel duchowy – Eckhart Tolle – mówił, że każdy związek, a szczególnie ten romantyczny skazany jest na porażkę, gdy choć jedna będąca w nim osoba nie odnajdzie w sobie przestrzeni ponad myślami i emocjami. Na początku nie mogłem tego słuchać. „Co za pierdolenie” – myślałem. Bo mi się wydawało, że przeżywam coś najbardziej prawdziwego na świecie. Utożsamiłem się z moimi uczuciami do granic. Mogłem to zrobić tylko dlatego, bo pierwszy raz otworzyłem się na miłość i na własne uczucia. Gdy moje zakochanie przeradzało się w koszmar, w jednej chwili zrozumiałem, że to, co ta dziewczyna robi ze mną, jest dokładnie tym, co ja robiłem z innymi kobietami – a nie byłem tego ani trochę świadomy. Mojej emocjonalnej chciwości, wypełniania wewnętrznej pustki związkami – przyjacielskimi i romantycznymi. A gdy już kogoś zdobyłem, podświadomie zdawałem sobie sprawę, że mam go w garści, to szukałem kolejnej ofiary. Dlatego życie postawiło przede mną kogoś jeszcze bardziej nieświadomego ode mnie. Kogoś, kto pozostał zamknięty na miłość, gdy ja się otwierałem – po to, żeby mnie w tym aspekcie życia przebudzić. To czego doświadczamy w świecie zewnętrznym wynika z tego, co nosimy wewnątrz.

Byłem na tyle ogarnięty, żeby za nią nie ganiać. Przynajmniej nie tak bardzo, jak ona by tego oczekiwała. Wiedziałem, że muszę puścić ją wolno – jeżeli wróci, będzie moja. Jeżeli nie, to nigdy nie była.

Znalazła sobie chłopaka. Gdy pokazałem jej zdjęcie moim przyjaciołom, ich sześcioletni synek zapytał:

– Jesteś w niej zakochany?

– Tak – odpowiedziałem.

– To weź ją na randkę.

– Ale ona ma chłopaka.

– No to co? – mały pełen najszczerszego na świecie zdziwienia skręcił głowę. Napisz do niej, że się w niej zakochałeś, a ona się wtedy w tobie zakocha.

– A co z tym chłopakiem? Będzie mu smutno.

– Nie przejmuj się, znajdzie sobie kogoś innego – odpowiedział z taką lekkością, jakby to była oczywista prawda.

Czy to wszystko może być tak proste, jak widzi to sześcioletnie dziecko?

Owszem, ale na zupełnie innej drodze, niż się dorosłym wydaje. Dlatego właśnie wiele związków jest niesatysfakcjonujących – pełnych nudy, kłótni… tam zawsze czegoś brakuje. Dzieje się tak, gdyż po początkowym okresie zakochania, nie ma prawdziwej miłości. Zakochanie posiada dwie odsłony i może prowadzić do prawdziwej, bezwarunkowej miłości – co dzieje się niezwykle rzadko. Pierwsza odsłona zakochania: romantyczna miłość otwiera nam oczy na wszystkie zalety ukochanej. Błyszczą i mienią się jak złoto, ona promienieje jak słońce w zenicie. Na zaletach skupia się cała nasza uwaga. W tym momencie druga odsłona staje się jasna – to jest ślepota, kompletne ślepota w stosunku do tego, co uważamy za wady. Nie widzimy i nie chcemy ich widzieć. Chcemy widzieć anioła, bo on tam jest – naprawdę – ale nie jest sam. W jego blasku, za jego skrzydłami kryje się byt z którym przyjdzie się nam zmierzyć, gdy zaczniemy powstawać z upadku w zakochanie – to co nam się w niej nie podoba. Wtedy otwierają się drzwi, drzwi prawdziwej miłości. To jest szansa, której nie warto marnować, bo w niej jest dobro, a ma ono tę cechę, że jest dobre – dla wszystkich. Dla ciebie, dla niej i dla całego świata. I choć wiem jak karkołomnie to brzmi ale jest właśnie tak: nie jest istotne, czy twój związek przetrwa, czy się rozejdziecie. Czy może tak jak w moim przypadku: nawet nie zbliżycie do siebie, bo ona na to nie pozwoli. Ważne jest, czy odnajdziesz w sobie bezwarunkową miłość, bo ona poprowadzi cię dalej. Dzięki niej odnajdziesz to, czego pragniesz, a czego nigdy byś nie odnalazł szukając. Mój upadek w zakochanie przyniósł ogromne zrozumienie i jakby nowe życie w kontekście związków. I nie tylko.

Problemy w relacjach wynikają z emocjonalnych ran. Wyobraź sobie, że masz na ciele wiele ran, z których nie zdajesz sobie sprawy. Gdy ktoś chce ciebie dotknąć – zupełnie normalnie głaszcze cię po ciele i nagle natrafia na ranę – to ciebie boli. I oskarżasz go, że on ciebie rani. Tak nie jest. Ta rana była tam wcześniej, a on jedynie pokazał ci, gdzie ona się znajduje. Życie nauczyło mnie, jak stworzyć warunki do wygojenia krzywd z przeszłości.

„Nie widzimy rzeczy takimi  jakimi są, widzimy je takimi, jakimi sami jesteśmy”, co oznacza, że całą rzeczywistość postrzegamy przez pryzmat naszych myśli i naszego osądu, który został ukształtowany przez przeszłość. Powtarzalne schematy myślowe, które rodzice i społeczeństwo wepchnęli nam do głowy są ranami uwarunkowanymi przez lęk. Przez jego pryzmat postrzegamy siebie i innych. To jest tak, jakby ktoś założył zielone okulary. Nie tylko spaczają one inne kolory – wszystko wydaje się zielone – ale także to, co w rzeczywistości jest zielone (na przykład trawa), w tych okularach wydaje się jeszcze bardziej zielone niż reszta. Jeżeli w twoim umyśle zaszczepiony został schemat myślowy, że nie masz żadnej wartości, to wystarczy, że ktoś ci powie: „kiepsko dzisiaj wyglądasz, jesteś zmęczony?” – dotyka twojej rany. Wtedy od razu traktujesz to jak atak, przeglądasz się w lustrze, albo trzęsiesz się w środku. A gdy ktoś naprawdę chce cię poniżyć (ściska twoją ranę), to wytaczasz mu wojnę, albo rozwalasz się tak, że nie możesz się ani trochę pozbierać. Nie potrafisz w żaden sposób go zignorować – choćbyś chciał, to nie jesteś w stanie. To jest selektywna percepcja przez pryzmat schematów myślowych i projekcja tych schematów na otaczającą cię rzeczywistość – doświadczasz tego, co nosisz w swoim umyśle. A twój umysł zawiera to, co zostało do niego wepchnięte w przyszłości, a czego fundamentem jest lęk. Dlatego w życiu postrzegasz przede wszystkim to, czego się boisz. Co więcej, to gdzie patrzą twoje oczy, czego słuchają twoje uszy, miejsca w jakie się udajesz, praca jaką wykonujesz, jednym słowem całe twoje życie, kierowane jest w głównej mierze przez twój podświadomy umysł – przez lęk, który się w nim znajduje. I gdy usilnie szukasz, w ten właśnie sposób odnajdujesz ukochaną – odnajdujesz kogoś, kto w końcu cię skrzywdzi. Albo ty skrzywdzisz ją, ewentualnie pójdziecie na jakiś nieświadomy kompromis i będzie wam razem mocno średnio. Najczęściej będziecie odgrywać rolę któregoś z rodziców i jeżeli oni nie są szczęśliwi, to wy też nie będziecie. Dlatego: nie szukaj, bo nigdy nie znajdziesz – pracy o której marzysz, prawdziwych przyjaciół, a przede wszystkim: tej jedynej. Pozostań otwarty, ona przyjdzie, sama, gdy przestaniesz szukać.

Ale zanim to się stanie musisz spojrzeć do wewnątrz siebie. Zacząć zwracać uwagę na swoje myśli i przestać im wierzyć. Znajdziesz wiele ran – powtarzalnych schematów, które ktoś w przeszłości zaszczepił w twoim umyśle. Uświadom je sobie i nie podążaj za nimi – nie ważne, czy są negatywne, czy pozytywne, zostaw je samym sobie. To znaczy znajdź przestrzeń ponad strumieniem myśli i poczuj, że jesteś większy niż myśl, czyli nie jesteś myślą – jesteś świadomością. Przestrzenią w której myśli się pojawiają. To wystarczy aby zaszła samoistna przemiana myślowych schematów – przez ich uświadomienie i akceptację.

Spoglądając do wewnątrz odnajdziesz również masę emocji – masę negatywizmu: smutek, żal, gniew i lęk. Powstały tak samo jak schematy myślowe – ukształtowane przez krzywdy z przeszłości. Z nimi postępujesz tak samo. Uświadamiasz je sobie, odczuwasz je i pozwalasz im być. I nie podążasz za nimi. Emocje są jeszcze silniejsze niż myśli, mają tendencję do zalewania całej twojej świadomości. I wtedy krzyczysz, rozpaczasz, albo trzęsiesz się ze strachu, pomimo, że siedzisz sam w pokoju i wokół ciebie nie dzieje się nic złego. Negatywne emocje – forma psychicznego bólu – mają również tendencję do generowania negatywnych myśli. Nie pozwól im na to –  tylko na tyle, na ile potrafisz. I nie wymuszaj tego. Gdy masz negatywne myśli skieruj swoją uwagę głębiej do ciała i poczuj emocje, które je generują. Rozpoznaj te emocje nie jako coś prawdziwego, lecz jako formę energii – tak jak w przypadku myśli zrób dla nich przestrzeń i poczuj, że jesteś większy niż one – jesteś świadomością, w której emocje się pojawiają. Będziesz zaskoczony, gdy (na przykład) gniew nagle zamieni się w potężną dawkę energii, którą spożytkujesz w działaniu, a z nią przyjdą radość i śmiech.

Spoglądając na zewnątrz akceptuj wszystko. Czyli we wszystkich doświadczeniach życiowych odnajdź pokój i nie generuj nowego negatywizmu. Gdy ktoś będzie dla ciebie nieprzyjazny, nie stawaj się reaktywny – na tyle na ile potrafisz. Może jedynie dotyka twojej rany? A może faktycznie cię atakuje? Tak, czy inaczej nie musisz generować negatywizmu. Po prostu zrozum, że ten człowiek zachowuje się tak dlatego, że w taki właśnie sposób został ukształtowany. I gdybyś ty miał ciało tego człowieka i wszystkie jego przeszłe doświadczenia, to zachowywałbyś się tak samo. Akceptacja nie oznacza, że nie możesz podjąć działania: odmówić, postawić się, odejść… Możesz zrobić to wszystko, ale gdy będziesz działać z poziomu akceptacji, to działania te będą przynosiły prawdziwą zmianę. Akceptacja oznacza, że nie generujesz nowego negatywizmu na poziomie myśli i emocji. Albo generujesz go mniej, a gdy to się dzieje, to akceptujesz również negatywizm, który generujesz – nie wypierasz nieprzyjaznych myśli, czy emocji. W ten sposób zmienia się nie tylko nieprzyjazna tobie sytuacja, ale także zmienia się twoje wnętrze i wnętrze nieprzyjaznej tobie osoby. Dlaczego? Bo nie przypadek, lecz twój podświadomy umysł spowodował, że natrafiłeś na tę sytuację i na tę osobę, a więc posiada ona dokładnie te same cechy, jakie zawarte są w twoim podświadomym umyśle. Akceptując negatywizm tej osoby jednocześnie akceptujesz negatywizm wewnątrz twojego umysłu, a to pozwala na jego transformację – wygojenie rany. Twój brak reaktywności w stosunku do negatywizmu drugiej osoby daje szansę na zmianę w jej umyśle. Zaczyna się ona reflektować co do swojej agresji, gdyż nie widzi w tobie odpowiedzi na nią. W ten sposób pozwalasz na zmianę siebie i całego świata – nie robiąc nic więcej oprócz akceptowania swojego wnętrza i świata zewnętrznego.

Dlatego jeżeli jesteś w związku, magia zakochania opadła, coś się nie układa, czujesz, że jesteś krzywdzony, albo że ona nie jest właściwą osobą, to nie szukaj natychmiastowej zmiany. Może jesteś z właściwą osobą, a nawet tego nie zauważasz. Może zmiana jest koniecznością – to się okaże. Okaże się wtedy (i wtedy będziesz pewien), gdy zaakceptujesz w pełni swoją obecną sytuację: to co się między wami dzieje, twoją partnerkę i twoje własne wnętrze. Obserwuj to, co się dzieje na wszystkich tych płaszczyznach i (na tyle na ile potrafisz) nie bądź reaktywny w stosunku do negatywizmu – własnego lub jej. Nie próbuj zmieniać ani jej, siebie, ani tej sytuacji. Zmiana przyjdzie i będziesz jej pewien, ale nie będzie ona bazowała na negatywizmie. Nie będziesz się czuł wygranym, ani przegranym, nie będziesz chciał nikomu dowalić, nie będziesz też żałował, czy rozpaczał. Tam będzie zrozumienie. I wtedy pokochacie siebie nawzajem (i innych) bardziej niż kiedykolwiek – prawdziwą, bezwarunkową miłością. Albo się rozejdziecie – w pokoju i zrozumieniu (przynajmniej z twojej strony). Jedna rzecz nie będzie miała miejsca: nie będziecie tkwić w dysfunkcyjnym związku w którym okresy bliskości przeplatają się z kłótniami. Nie będzie tam dominowała pełna wypalenia nuda, zazdrość, czy lęk przed ewentualną stratą drugiej osoby. Albo lęk przed związaniem się na zawsze. W pewien sposób staniecie się jednością – was dwoje, razem z całym Wszechświatem.

Ten proces może zostać znacznie przyspieszony w czasie przez pozostawanie w teraźniejszości i doświadczanie jej w możliwie najpełniejszym wymiarze. To znaczy: nie przywiązujesz uwagi do psychologicznej formy czasu, czyli – na tyle na ile potrafisz – nie zajmujesz swojej uwagi przeszłością: twoją historią, tym jak było pięknie, tym kto cię skrzywdził i jak. Jak to doprowadziło do twojej obecnej niekorzystnej sytuacji życiowej. Że powinieneś był postąpić inaczej… Nie rozpamiętujesz tego wszystkiego, innymi słowy: nie myślisz o przeszłości. Uczysz się ze swoich błędów, ale też rozumiesz, że musiałeś je popełnić (po prostu nie byłeś w stanie postąpić inaczej) i, że tego już nie ma. Jest teraz. Uwalniając się od psychologicznej formy czasu przestajesz też zajmować swoją uwagę myśleniem o przyszłości – tym jak będzie wspaniale gdy coś osiągniesz, albo znajdziesz właściwego partnera. Albo co się stanie, jak cię wywalą z pracy lub dostaniesz raka. Obie formy fantazjowania o przyszłości są iluzją, która się nigdy nie spełni – bo nie wiesz, czy to w ogóle się stanie i jak postąpisz, jeżeli taka sytuacja będzie miała miejsce.

Nawet gdy dostaniesz to, czego pragniesz, a nie potrafisz zaakceptować tego, co masz teraz, to w przyszłości doznasz tylko chwilowej radości. Nie potrwa to długo i będziesz chciał czegoś nowego – pozostaniesz w błędnym kole zdominowanym przez pewną szaloną (bo warunkowaną lękiem) część twojego umysłu. Wyjście z tego błędnego koła polega na zrozumieniu, że cała aktywność tej części umysłu skupiona jest na ucieczce od fundamentalnej prostoty teraźniejszości – tego, co dzieje się w twoim życiu TERAZ. Gdy już to zrozumiesz to stosujesz się do prostej zasady: jesteś tu, gdzie jesteś i dokładnie tu powinieneś być – nie do końca twojego życia, ale teraz. Robisz to co robisz (w pracy albo poza pracą) i jesteś z tym, z kim jesteś (sam, albo z inną osobą) – i dokładnie tak powinno być. To się może zmienić – za pięć minut, jutro, albo za kilka lat, a ciebie nie obchodzi, kiedy to się zmieni. Nie ciśniesz. Zaakceptowałeś wszystko co się dzieje teraz i we właściwym czasie (którego nie znasz i na który nie czekasz) przychodzi zmiana – podejmujesz decyzję, której jesteś pewien, czyli nie masz wątpliwości. Albo sytuacja rozwiązuje się sama. Nie masz wątpliwości przy podjęciu decyzji, bo nie generujesz negatywizmu i nie działasz z poziomu lęku. Wątpliwość jest manifestacją lęku.

Sytuacja w której się znajdujesz nie jest problemem. Jest sytuacją, którą możesz rozwiązać. A jeżeli nie potrafisz jej rozwiązać, to czekasz na to, aż będziesz potrafił (będziesz pewien swojej decyzji) albo sytuacja rozwiąże się sama. I nie martwisz się tym jak długo będzie to trwało. Możesz analizować przeszłość i uczyć się z błędów – ale nie rozpamiętywać je i nie myśleć o nich cały czas. Możesz planować przyszłość – poświęcić na to pewien czas, a potem przestać myśleć. Nie do końca twojego życia, na początku na parę sekund skupić swoją uwagę na otoczeniu. Albo poczuć, że oddychasz – zrobić głębszy wdech i długi wydech z westchnięciem. Albo dotknąć czegoś, czegokolwiek i skupić się na tym w pełni. A potem przypominać sobie jak pięknie jest – choć na chwilę – nie poświęcać tej ogromnej ilości psychicznej energii na ciągłe myślenie albo emocjonalny ból. Olej je kompletnie. Daj sobie parę sekund wakacji od tego bezsensownego i niewnoszącego niczego dobrego do twojego życia głosu w twojej głowie. A gdy nie umiesz tego zrobić, to akceptujesz go w pełni – z głębokim zrozumieniem faktu, że to kompletne bzdury – manifestacja ran z przeszłości.

W ten sposób zmienia się twoje wnętrze, a wraz z nim zmienia się twoja sytuacja życiowa. Odnajdujesz właściwego partnera lub dogadujesz się z obecnym. Odkrywasz, co chciałbyś robić w życiu. Albo to co robisz zaczyna ci sprawiać wielką przyjemność… Dzieje się tak, bo nie generujesz oporu. Niczego nie wymuszasz, akceptujesz wszystko. Działasz lub nie, ale nie przejmujesz się niczym – na tyle, na ile potrafisz. Obdarzasz akceptacją również to, czego nie potrafisz zaakceptować.

Niektórzy ludzie tak bardzo utożsamiają się ze swoimi myślami, tak bardzo zamknięci są w swoich głowach, że nawet nie zdają sobie sprawy z emocji które noszą w sobie. Zostały stłumione, wyparte, a jednostka odcięła się od nich i przestała czuć w ogóle. Tak było w moim przypadku. Dlatego każdemu polecam spróbowanie ćwiczeń mających na celu uwolnienie wypartych emocji, które zakotwiczone są w przykurczach mięśniowych. Zrozumiał to genialny amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen. Na końcu artykułu załączam linki do trzech podstawowych ćwiczeń Lowena – zajmą ci 15 minut dziennie. Wcześniej należy jeszcze nauczyć się poprawnego oddechu, czyli oddychania brzuchem. Opisuję to powyżej linków do ćwiczeń.

Przeczytaj również ten wpis: https://ragazzomalato.pl/joga-czesc-3-modyfikacje-treningu/

w którym nieco szerzej opisuję, co dzieje się w trakcie treningu metodą Lowena i na co trzeba uważać.

Oddychanie brzuchem:

Połóż się na płasko i rozluźnij ciało. Połóż dłonie na brzuchu. Wdech –> brzuch się wydyma, a leżące na nim dłonie wędrują do góry. Wydech –> brzuch się zapada a leżące na nim dłonie wędrują w dół.

Gdy opanowałeś już oddychanie brzuchem możesz zacząć ćwiczenia opracowane przez Alexandra Lowena (najlepiej z rana przed śniadaniem) w następującej kolejności:

  1. Łuk – maksymalnie minuta, może być krócej (15 sekund) – szczególnie na początku. Wibracje pojawią się same. Bardzo ważnym jest, aby rozluźnić pośladki i wypuścić brzuch do przodu (nie napinać brzucha): https://www.youtube.com/watch?v=eifgzJRD7cA&list=PL2eJYBGCcgch-eHqJAXFVcC8bxUe1Gc1z&index=12
  2. Uziemienie – maksymalnie dwie minuty, może być krócej (30 sekund) – szczególnie na początku. Jeżeli po ćwiczeniu kręci ci się w głowie, to oprzyj głowę i ręce o ścianę: https://www.youtube.com/watch?v=MrtSEIUd450&list=PL2eJYBGCcgch-eHqJAXFVcC8bxUe1Gc1z&index=14
  3. Wibracje dna miednicy – maksymalnie 10 minut: https://www.youtube.com/watch?v=oo7bDYacGtw&list=PL2eJYBGCcgch-eHqJAXFVcC8bxUe1Gc1z&index=2 

 

Spread the love:
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *