Komedia

Czarcie koła papierzaków – część II

Przechodząc przez pasy, dziękczynnie podniosłem w górę dłoń – w kierunku typa, który mnie przepuścił. Na początku też wyglądał, jakby zaraz miał zesrać się w gacie, chyba dlatego, że za wolno szedłem, ale tak długo trzymałem tę jebaną rękę w górze, patrząc jednocześnie na ten jego skurwiale spięty ryj, że po chwili skurczu dostały inne mięśnie, typ się uśmiechnął i też podniósł dłoń nad kierownicę. Na chodniku zatrzymałem się na chwilę i zacząłem się przyglądać wszystkim dookoła. Każdy wyglądał, jakby miał zaraz narobić w porty – nawet dzieci. Zapierdalały na tych jebanych hulajnogach, penny-bordach i innych piździelstwach, jakby były na olimpiadzie i biły kolejny rekord w swojej konkurencji. Małe rowerki górskie hamowały bokiem, wzniecając tumany kurzu, a te małe debile zaczynały pędzić w drugą stronę, żeby za chwilę zrobić to samo. Zajebiście, nie?! W ogóle mnie ci mali neurotycy nie wkurwiali, tylko w chuj śmieszyli, a ja czułem się, jakbym był w grzybowej bańce ochronnej i ta cała ich nerwica nie miała szansy mnie tknąć. Przyglądałem się dalej każdemu ryjowi tak długo, aż odwracał wzrok. Miałem totalnie wyjebane i chciałem wszystkich naprawdę odczytać. Jak lampiłem się na jakiegoś kafara, to brechtałem, że zara podbiegnie na tych nieproporcjonalnie chudych nóżkach, machając przy tym odwiedzionymi ramionami – jakby miał pod pachami dwa arbuzy, bo poprzykurczane bicepsy nie pozwalają mu na pełen wyprost łokci – i wrzaśnie:

– CO SIĘ, KURWA, GAPISZ?!? ZAJEBAĆ CI?!

I zacznie mnie windmillować bez jakiejkolwiek techniki zadawania ciosów, tylko używając tej prymitywnej siły MIENŚNI, których dysbalans w przyszłości stanie się przyczyną przewlekłych bólów barku, kręgosłupa czy chuj wie czego tam, ale w obecnej chwili prymitywna siła pozwoli mu na wjazd pokurczonym wiatrakiem w kolesia, co się za długo na niego gapił. W ogóle nie ma w nim wewnętrznego lęku, kompleksów czy kurwa żadnego tam negatywizmu, bo to zupełnie normalne, że człowiek się wkurwia, jak ktoś się na niego gapi i o chuj mu chodzi, i trzeba mu zajebać, żeby pokazać wszystkim, że się kafar niczego nie boi, bo jakby nie zajebał, to by se może pomyśleli, że się boi, a on musi sobie i innym coś udowodnić – że się nie lęka. Jak w przypadku panów policjantów, laski co cisnęła gaz i wszystkich, bez kitu kurwa wszystkich, których miałem w swoim polu widzenia, to coś, co kompletnie niezainteresowane było jakąkolwiek walką, stresem, pośpiechem, osiągnięciami czy czymkolwiek kurwa innym, a co psylocybesy tak pięknie wyniosły na powierzchnię mojej świadomości, ten kafar zdawał się nie mieć o tym czymś żadnego, absolutnie żadnego pojęcia. A jak myślisz, drogi czytelniku, że Pan KAFAR, Panowie POLICJANCI albo ta SUPER LASKA po trzydziestce są tacy zjebani i tylko ty rozumiesz, co to znaczy żyć na prawdziwej wyjebce, to przypomnij sobie, jak twoja morda musi wyglądać, jak się czymś przejmujesz, wkurwiasz, podniecasz albo chcesz się przed kimś popisać. Wyglądasz, mój drogi, dokładnie tak samo, jak i JA w tych momentach, a mianowicie JAKBYŚ ZARAZ MIAŁ ZESRAĆ SIĘ W GACIE! Normalnie też to widziałem, ale po większej niż się spodziewałem dawce psylocybinki mogłem mieć tak pięknie na to wyjebane i tak bardzo mnie to zaczęło śmieszyć, że chciałem zadzwonić do Michała i mu o tym opowiedzieć. Fart chciał, że na to też miałem wyjebane i poszedłem dalej.

Typowo szedłbym pewnie tą samą drogą co zwykle, ale mój przyjaciel grzybior nie odpuszczał i chciał mi dostarczyć coraz to ciekawszych obserwacji. W słuchawkach Saturate napierdalało na maxa, a ja pociągnąłem w kierunku psiej polany, gdzie normalnie jest wybieg dla chartów, ale w godziny pracujące ich zahartowani w charcim korpowyścigu właściciele doskonalą minę „jakbym się zaraz miał zesrać w gacie” i psią polanę anektują stare baby i dziady w białej bieliźnie, wystawiające swoje zwiędłe ciała na słońce. W innych rejonach parku tego nie robią, bo się wstydzą skórnych falbanek, bo to kurwa nie jest naturalne, że ciało się marszczy, i doskonalić opaleniznę trzeba po kryjomu na działce lub wśród innych próchniaków – od dziesiątej do czternastej trzydzieści – na psiej polanie. Najpierw dojrzałem jednego dziada, który był chyba niezwykłym perfekcjonistą (pewnie jakiś były marynarz albo inny pojeb, któremu nieruchanie przez dziewięć miesięcy i zamknięcie w blaszanej skorupce na oceanie też przez dziewięć miesięcy rzuciło się na oczy i mózg), bo opalał się na stojąco – zapewne dla równomierności rozprowadzenia brązu mierzącego w heban. Odróżniając się od jego starych koleżanek, miał na sobie kąpielówki, a nie bawełniane gacie. Na głowie nosił jakąś filuterną czapeczkę. Jedną łapą podpierał się pod bok, przypominając pomnik Dawida z Florencji. Stare baby w białych stanikach i majtach smażyły się na kocach, napierdalając przy tym ploty bez końca, i też się spinały, jakby kupsko miało im zaraz rozsadzić zawory. Swoją drogą to bardzo ciekawe – jak w tym wieku przychodzisz się poopalać na psią polanę, a twoja koleżanka, którą poznałeś na psiej polanie nie przychodzi, a ty z nekrologu dowiadujesz się dlaczego. NO KURWA, POWIEDZ SAM, CZY TO NIE JEST ŚMIESZNE W CHUJ! No jest, jest, wiadomo…

Idę se dalej, pacze, a tu próchniakowieloryb w okolicy krzaków stoi wypięty do mnie dupą, a łapy ma oparte o rower. Zastanawiam się, czy chciał se porozciągać mięśnie kulszowo-goleniowe, zależało mu na tym, żeby promienie słoneczne spadały na całą powierzchnię pleców pod jednakowym kątem dziewięćdziesięciu stopni czy może to dająca o osobie znać wieńcówka spowodowała niezaplanowaną przerwę w Tour de Psia Polana u tego spasłego Czesława Langa. I może od jutra on też przestanie przychodzić na psią polanę. Pewnie miał minę, jakby marzył o usiądnięciu na kiblu, ale nie widziałem, gdyż – jak wspomniałem – typ wypięty był do mnie dupą. Szkoda tylko, że nie pierdnął tak, żeby mnie stamtąd zmiotło, bo miałbym o czym pisać, o ile też nie stałbym się beneficjentem nekrologu. Sadło wisiało mu do połowy uda, a ja zacząłem się zastanawiać, jak można się do takiego stanu doprowadzić. Szybko sobie przypomniałem, że sam jestem równie zjebany, bo on wpierdala do papuchy golonę za goloną, a ja palę fajkę za fajką, ale psylocybinka chroniła mnie przed wyrzutami sumienia i negatywną oceną siebie oraz tego tłustego wieprza.

Poszedłem dalej w górę, koło byłego basenu przeciwpożarowego, a potem – znów inaczej niż zazwyczaj – pomiędzy krzakami i nisko zawieszonymi gałęziami sosen. Pomyślałem sobie, że w takich krzaczorach to można pewnie nazbierać cały koszyk papierzaków, a potem, że mogą one tworzyć czarcie koła. Teraz już wiesz, skąd ten genialny tytuł się wziął. Połączyłem tę wizję z mordami obserwowanej przeze mnie ludzkości i pomyślałem, że gdyby każdy rozluźnił trochę twarz, barki i zwieracze, to faktycznie całe ulice zajebane by były papierzakami i – metaforycznie rzecz ujmując – ulice stworzyłyby czarcie koła. Myślę, że każdemu wyszłoby to na zdrowie, bo ile to śmierdzące kupsko można w sobie trzymać? I nawet lepiej zesrać się na chodnik przy przechodniach, niż dalej je w dupie nosić, spinając przy tym poślady i mordę, co prowadzi do nieuchronnego lęku, ŻE CIĘ W KOŃCU ROZSADZI. Jak to mówił psycholog tej dupery: „jakoś trzeba ten stres kanałować”, więc najlepiej skanałuj go przez dupę. Gdziekolwiek, bo masz kurwa minę, jak Charlie Chaplin, i tak jak i on nie jesteś ni chuja śmieszny.

W krzakach papierzak był tylko jeden, ale zawsze coś, ktoś przybliżył się w swoim życiu do zdrowia psychicznego. Pochwaliłem w duchu tego zasrańca i poszedłem przed siebie, czyli jakieś dwadzieścia metrów dalej, i zacząłem dotykać liści, a potem pni drzew. Może ci się to wydać  śmieszne, ale nie tylko było to wspaniałe uczucie, ale też nieco transcendentalne, bo normalnie kurwa czułem energię tych jebanych sosen i lip. Zajebiste były i jakoś mnie oczyszczały, tak, że nawet mi się zachciało ściągnąć buty – i też tak zrobiłem – i jak rasowa krzyżówka ponarkotykowej dziwki, bretarianina i gajanina zapierdalałem przez kolejne dwadzieścia metrów po trawie boso, i też było zajebiście. Ta popierdolona, lecz jakże rzeczywista historia powoli zaczęła mi się układać w głowie w tekst. Zajebałem Difficult to Cure w słuchawkach i poszedłem z powrotem w kierunku kawiarni. Po drodze gapiłem się jeszcze na taką młodą mamuśkę z wózeczkiem i wyjątkowo sukowatym wyrazem ryja. Ona jako jedyna wytrzymała tę próbę spojrzenia dłużej ode mnie i to ja odwróciłem wzrok w innym kierunku. Trochę się po drodze zastanawiałem dlaczego, ale suczaśność tak jej z mordy biła, że przestałem się sobie dziwić i przestałem się zastanawiać.

Doszedłem do kawiarni, cały trip trwał może ze czterdzieści minut, pokonałem w jego trakcie może z tysiąc pięćset metrów (w obie strony), a tu kurwa sam zobacz, ile obserwacji i sześć stron tekstu. Największa pogrzybowa bomba trochę mi zeszła, wszedłem do środka. Poszedłem się odlać i w kiblu przyjrzałem się swojej twarzy. Naprawdę mi się spodobała i było w niej dużo wolności. Wszedłem na górę i siadłem do laptopa, którego nikt mi nie zajebał. Otworzyłem nowy dokument w Wordzie i zacząłem napierdalać „Czarcie koła papierzaków”.

Kolejny komediowy artykuł ––> Jak ojebać kumpli na hajs i zrobić tak, żeby cię lubili (Operacja „Łupacz”)

 

Spread the love:
  •   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *