Związki

Californication – part 12/12 – chłopcy i dziewczynki

Faith i Hank pojechali razem w trasę koncertową. Gdy spali w autokarze, Hankowi – nie inaczej niż zwykle – przyśnił się koszmar.

– KAREN! KAREN!!! – krzyczy przez sen.

Faith spogląda na niego. Wie, co powinna powiedzieć.

– Musisz wracać, prawda?

– Tak, muszę. Przepraszam.

– Nie masz za co… po prostu nie wiesz, co tracisz.

– Wiem, dlatego tak mi ciężko.

– Hank, wypierdalaj – zanim owinę cię nogami i przekonam, żebyś został. A wiesz, że to potrafię.

Autokar się zatrzymuje. Wysiadają.

– Moje zadanie wykonane. Wracaj do swojego „długo i szczęśliwie” – mówi Faith.

Całują się jak w liceum. Ale z pełną dojrzałością i zrozumieniem.


Californication: Part 1, Part 2, Part 3, Part 4, Part 5, Part 6, Part 7, Part 8, Part 9, Part 10, Part 11, Part 12


To bardzo dziwne połączenie i niezrozumiały pocałunek. Moody wsiada na motor i odjeżdża – do Karen. Miałem ochotę jebnąć Hankowi w ten jego przypominający smutnego jamnika pysk. Nie mogłem pojąć, jak mógł zostawić Faith. W pewnym momencie mnie oświeciło – nie chodziło przecież o to, która kobieta do niego najbardziej pasuje – ani z mojej, ani z jego perspektywy. Chodziło o to, kogo on naprawdę kocha. I że to nie ma nic wspólnego z wyobrażeniem tej jedynej albo z oczekiwaniami. Miłość po prostu jest. Albo jej nie ma. To wszystko – tylko tyle.

Jadąc na spotkanie z Hankiem, Karen ma wypadek i trafia do szpitala. Wtedy się okazuje, że jest – miłość. A tym, co wyniosło ją na powierzchnię, była zbliżająca się możliwość jej utraty. Cały odcinek utkany jest retrospekcjami z ich życia – jak się kłócili, pieprzyli na zgodę, odchodzili od siebie… i wracali.

– Wszystko kręci się wokół chłopców i dziewczynek – mówi, spacerując z ojcem, w jednej z retrospekcji, kilkuletnia Becca.

– Nie dość, że jesteś piękna, to do tego mądra. Pisząc o tym, zarabiam na życie… – odpowiada Hank.

Ta karuzela kręci się dalej. Karen dochodzi do siebie, Becca oświadcza, że po jej literackiej pielgrzymce do Europy – tak, literackiej, bo córka Moodiego postanowiła zostać pisarką – chce wyjść za mąż – za chłopaka z którym pojechała. Oświadczył się, a ona powiedziała „tak”. Hank najpierw nie może tego znieść, kłóci się z nią i z Karen, ale w końcu ustępuje. I chyba zauważa, że Becca faktycznie jest znacznie mądrzejsza od rodziców.

Moody pisze list do Karen – ta siedzi już w samolocie, który ma ją zabrać na ślub córki, a w którym nie ma Hanka. Pojawia się tam jednak – w ostatniej chwili. I odczytuje swój list. „Jako pisarz mam słabość do szczęśliwych zakończeń… Dlatego proszę Cię, abyś zamknęła oczy i wsłuchała się w szept serca. Byś walczyła dalej i nie poddawała się – aż początek i koniec rozmyją się i stopią w jedno” – brzmią ostatnie zdania. Spełniają swoją rolę, Hank siada koło Karen.

– To wcale nie znaczy, że mnie przekonałeś.

– Oczywiście, że nie. Będę walczył do upadłego – powoli obejmuje jej dłoń swoją.

Zaczyna grać Rocket man. W powietrze wzbija się nadzieja. Całują się, odlatując na ślub córki.

Ten ostatni odcinek Californication nazywa się Łaska. Liczyłem na to, że i ja, i Hank jej doświadczymy. W jego przypadku było to bardzo prawdopodobne, w moim znacznie mniej. Dlatego potrzebowałem wiary – bo nadzieja przestała wystarczać. Nie stało się tak, jak myślałem. Zachowanie małej przypominało burzę neuronów w jej mózgu – zapętlonych lękiem. Wariograf jest dowodem na to, że nasze ciało chce, abyśmy mówili prawdę – pragnie całemu światu pokazać, że kłamiemy. Przyspieszony oddech, zaciśnięte usta, nerwowe ruchy palców – to wszystko jest świadectwem, że naszą naturą – tą, której tak często pragniemy się wyprzeć – jest prawda. To właśnie mówiło ciało małej, mówiło, że jej zależy, bardzo, a ona bardzo nie chce tego pokazać. Odpychała mnie w przeróżny sposób. Starała się grać oziębłość i totalny brak zaangażowania. Zapewne wydawało się jej, że to sposób na to, żeby sprawdzić, czy mi zależy. Tak naprawdę był to sposób na to, żeby mogła dalej siebie oszukiwać – że nie czuje tego, czego się boi i czego jednocześnie pragnie – miłości. W snach manifestują się nasze lęki i pragnienia. Gdy lęk i pragnienie spotykają się we śnie i dotyczą tej samej rzeczy, taki sen nazywamy koszmarem. Czasem śnimy taki koszmar na jawie, tak długo jak pragnienie – albo lęk – ustąpi. Byłem przekonany, że muszę przejść przez tę marę, bo inaczej odejdą i lęk, i pragnienie. A ja naprawdę się zakochałem. I chyba była pod tym także prawdziwa miłość – ta nie chciała znieść lęku i porzucić pragnienia. Wiedziałem, że gdy pozwolę sobie na to, żeby za małą latać, to ona nigdy się nie otworzy. I czy będziemy razem, czy nie – to nie będzie miało żadnego znaczenia, bo nie będzie miłości. A ja kochałem ją i siebie, wiedząc, że oboje nie zasługujemy na ochłapy związku. Chciałem być pewien, że jej naprawdę zależy i chciałem, żeby mi to pokazała. Bo robiąc to sama, zrozumie, jak naprawdę jest. Inaczej nigdy się na to nie zdobędzie i umrze wszystko. Bez miłości wszystko umiera.

Wziąłem do ręki telefon – na żywo naprawdę nie dało się tego zrobić – i napisałem jej, co mi się nie podoba – że wciąż stara się pokazywać, jak bardzo ma na mnie wyjebane, nie przestaje mnie odrzucać. Nie odpisała, a gdy ją spotykałem, zaciśnięte usta odpowiadały za nią. A ja wiedziałem, że robię słusznie, bo w przeciwnym wypadku popełniłbym ten sam błąd, który w związku ze mną popełniła Kaja – zdradziłbym samego siebie. Coś mi cały czas powtarzało, że muszę czekać i że to wszystko dobrze się skończy. I że będzie mi dane napisanie czwartej książki ­– właśnie o tym. Wiara wygrała z lękiem, a nadzieja z niepewnością. Choć nie miałem żadnego, absolutnie żadnego gruntu pod nogami, postanowiłem zostawić to wszystko Bogu, losowi, wszechświatowi czy jakkolwiek chciałoby się Go nazwać. Zrobiłem jeszcze jedno – to, co potrafiłem najlepiej – zacząłem pisać.

 

SZCZECIN 4.12.18

Mała,

postanowiłem napisać do Ciebie list. I to bardzo szczególny, bo go nigdy nie wyślę. Może dostaniesz go kiedyś do ręki albo przeczytasz w książce – nie wiem.

Chciałbym powiedzieć, że moment, w którym Ciebie zobaczyłem, był równie szczególny jak ten list, bo bardzo chciałem Ciebie poznać, a do teraz nie poznałem. No może trochę. Tak naprawdę jestem przekonany, że znam Ciebie bardzo dobrze, chociaż nie dałaś mi się dobrze poznać. Za to szybko dałaś mi kosza i gdyby nie Ty, to pozostałby jedynym. Okazało się, że zasłużyłem jeszcze na dwa. Po tym pierwszym, gdy zaczęłaś mi pokazywać, że Ci zależy, mnie też zaczęło zależeć. Jak widać, czegoś się nauczyłem. Zakochałem się wtedy – jak nigdy przedtem – tak niewiarygodnie mocno. Szybko zrozumiałem, że kiedyś się ochajtamy. Myślałem o Tobie cały czas, nie mogłem przestać. Widziałem nas w trakcie wakacji, nad morzem, jak chodzimy za rękę. Uśmiechnęłaś się i zaczęliśmy biec przed siebie…

Opowiadałem o Tobie kumplom – w realu. Na balkonie paliliśmy blanty, puszczałem Taco Hemingwaya i pojawialiśmy się – Ty i ja, razem – w moim umyśle i słowach. Radziłem się koleżanki, kiedy mam jeszcze raz zapytać, czy się ze mną umówisz – wiedziałem przecież, że nie jesteś lesbijką. Okropnie się w Tobie zakochałem. Pierwszy raz w życiu tak prawdziwie.

Przepraszam, pierdolę straszne bzdury. Może nie do końca straszne, ale bzdury. Tak, zakochałem się albo nie, nie wiem. Nie wiem, jak się to coś, co przeżywałem, nazywa. Myślałem o Tobie cały czas – jak będziemy się całować, pieprzyć i przytulać. Jak przedstawię Cię kumplom, a im szczeny opadną, gdy Ciebie zobaczą. Widziałem nas w Krakowie, przy rynku. Szliśmy Wiślną. Nasz hotel leżał gdzieś niedaleko. Byłaś ubrana w ten kremowy płaszcz, który nosiłaś zeszłej zimy. Śmiałaś się. Innym razem wychylałaś się przez balustradę tarasu, jak byliśmy we Włoszech. Miałaś na sobie krótką koszulkę, a na tyłku jedynie majtki. Były zajebiste, odkrywały połowę twojej pupy.

Jak pewnie sama zauważyłaś, po pierwszym koszu zakochałem się w Tobie prawdziwie i jednocześnie jak debil. Może się tylko zauroczyłem? Kurwa, po cholerę próbuję to klasyfikować? Było jak było.

W końcu się umówiliśmy i drugi raz trafiłaś do kosza – za trzy punkty. Przyznaję – należało mi się. Wtedy nadeszła ciemność i lęk. Dzięki temu przestałem być debilem. Sama widzisz, jak bardzo tego potrzebowałem. Zrozumiałem, że w ogóle nie chodzi o Ciebie, tylko o mnie. Byłaś tak nieskazitelnie gładka, że zobaczyłem w Tobie lustro. Odbijało wszystko, czego nie chciałem w sobie zobaczyć – z taką mocą, że wręcz oślepiało. Spojrzałem w ciemność i tak wiele zaczęło się zmieniać. Zrozumiałem, jak bardzo się boję własnych uczuć – tego, że się zakocham i zostanę odrzucony. Dlatego bałem się zakochać. Przestałem panikować i się zakochałem. Powiedziałem Ci o tym – poczułem że muszę, bo jak tego nie zrobię, to mnie coś rozpierdoli. Tego też się bałem i dostałem taką odpowiedź, jakiej mój lęk oczekiwał – dałaś mi trzeciego kosza. Powiedziałaś, że Twoje uczucia w stosunku do mnie się nie zmienią. Wiedziałem, że kłamiesz, choć muszę przyznać, że świetnie grasz. Znów trafiłem do kosza, zajebałaś mną pięknego wsada. Chyba jesteś jakimś pierdolonym Jordanem. Aż się uśmiecham, gdy to piszę.

Czemu ten trzeci kosz mi się należał? Bo chciałem poznać siebie lepiej, a Ty chciałaś mi w tym pomóc. Pomogłaś. Najpierw nieco się opierałem i próbowałem udawać, jak bardzo mam na ciebie wyjebane. Chyba mi się udało, bo zaczęłaś za mną biegać jak pojebana. Pamiętasz, gdy prawie na mnie wpadłaś w kawiarni, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę? Albo jak splatałaś dłonie z tyłu pleców rozciągając klatę – dokładnie tak, jak ja to robiłem? Czegoś się w końcu od Ciebie nauczyłem, Jordanie! Nasz mecz przerodził się w prawdziwą walkę na gołe pięści – w tym też okazałaś się całkiem niezła. Potem nam się znudziło, ale nie chcieliśmy przestać się kochać. Albo inaczej – pragnęliśmy zacząć się kochać prawdziwie, odkrywać dalej miłość, bez końca. Żeby to mogło się zadziać, ja musiałem przestać chcieć Cię posiadać. Częściowo mi się udało, bo znów spojrzałem w pustkę i odkryłem tam kolejną część siebie. Dlatego mogłem przestać próbować wypełniać tę pustkę Tobą. To było tak idiotyczne i karkołomne – starać się wypełnić coś, co nie istnieje, czymś, co istnieje. Bzdura jak chuj. No i się spotkaliśmy – znów dzięki Tobie. Było zajebiście i tak dziwnie zarazem. Dowiedziałem się, jaka jesteś popierdolona, i znów odkryłem, jak bardzo popierdolony jestem ja. Idealnie do siebie pasujemy – jak śrubka i nakrętka. Niezłe porównanie, co, mała? Albo jak plus i minus, które wytwarzają między sobą pole. Zajebiście silne, muszę przyznać. Odjebaliśmy taką burzę z piorunami, że aż włosy się jeżą. Coś pięknego! Spadł deszcz i już się wydawało, że wyjdzie słońce. Tej nocy jakoś mu się nie chciało. Naturalną koleją rzeczy postanowiło poczekać na nadejście dnia, bo wtedy i tak jest jasno i nie musi się tak męczyć, żeby wszystko oświetlać. Lol.

Tak więc dalej jest noc, spadł deszcz i pojawiła się mgła, zajebiście gęsta. Taka jak wtedy, gdy się spotkaliśmy – ostatnim razem. „We mgle wszystko lepiej słychać” – powiedziałaś. I ja się wsłuchałem – w siebie – i zacząłem słuchać Ciebie, uważnie, i usłyszałem to, o co mnie od dawna prosiłaś. Ja też siebie o to błagałem – żebym potrafił się od Ciebie odciąć i naprawdę poczuł, że nikogo w swoim życiu nie potrzebuję. Że nie muszę cisnąć, a wtedy przyjdziesz sama. Będziesz mogła zrozumieć, jak bardzo pragniesz bliskości, przed którą ciągle uciekasz. Uciekasz, bo przeszłe doświadczenia wmawiają Ci, że na nią nie zasługujesz – dlatego wciąż próbujesz mnie odtrącić. A ja nie zasługuję na ciągłe odtrącanie. Mówię Ci, jak plus, i, kurwa, minus. W końcu się spotkamy i wszystko się wyzeruje. Odkryjemy miłość wystarczająco głęboko, żeby móc być razem. Chciałoby się napisać: w tym albo w kolejnym życiu, ale tak nie będzie. To się stanie niebawem.

Wczoraj pokazałem, kim jestem i powiedziałem wprost, czego chcę – żebyś przestała mnie odpychać. To cię przeraziło, nic nie odpowiedziałaś. Wierzę, że odpowiesz. Jeżeli tak się stanie, to najpierw poczujesz pustkę. Znam ją bardzo dobrze. Ty też, ale wciąż od niej uciekasz. Będziesz miała szansę przestać to robić – spojrzysz w nią dla mnie. I dla siebie, choć na początku nie będziesz miała o tym pojęcia – tak myślę. Może się mylę, w końcu jesteś w chuj mądra. Inaczej nie mogłabyś mnie tak dużo nauczyć. Załóżmy, że zdasz sobie sprawę z tego, że zrobisz to dla nas. I dla całego wszechświata. Mniejsza z tym, nie wiem, po co się nad tym roztkliwiam. Wiedz, że ta pustka nie istnieje, ale trzeba w nią spojrzeć, żeby się o tym przekonać. Wtedy nic nie zobaczysz. I to Cię przerazi, choć tylko na chwilę. Żeby tak się stało, muszę dać sobie spokój i właśnie to robię. Zostajesz sama, żeby odnaleźć siebie.

Do zobaczenia niebawem.

– Krzysiek

Spread the love:
  •  

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *