Życie

Od małego byłem ćpunem – o nałogach

Matka zawsze się dziwiła, dlaczego to robię. Ja się nie zastanawiałem. Po prostu parzyłem herbatę, pozwalałem, żeby bardzo długo naciągała, a po wyjęciu torebki przykładałem ją do ust i wysysałem esencję. Piłem bardzo dużo herbaty. Wtedy ani ja, ani matka nie wiedzieliśmy, że po prostu stawałem się małym ćpunem. Miałem może z dziesięć lat. Jedne dzieciaki kompulsywnie wpierdalają czekoladę, inne Big Milki, a ja byłem nieco cwańszy, bardziej wyrafinowany, i wolałem od razu uderzyć w narkotyki. To zabawne, bo zastanawiałem się nad używkami i tym, kto po jakie sięga, już w wieku szesnastu lat. Wtedy zacząłem palić trawę i pierwszy raz się schlałem. Myślałem nad tym, dlaczego niektórzy ludzie tyle żrą i jakie to prymitywne.

„Ja wolę prawdziwe używki, to znacznie bardziej do mnie pasuje” – pomyślałem.

Niedługo po siedemnastych urodzinach rozpoczęła się przygoda z paczką fajek, która trwa do dzisiaj. Może jutro się skończy, nie wiem, ale wiem już, że tego wymusić się nie da. To nie kwestia silnej woli, że ktoś wpada w nałóg albo z niego wychodzi. Jakoś na studiach, chyba na trzecim roku zacząłem coraz głębiej uzależniać się od trawy. Nie było to bardzo autodestrukcyjne, przynajmniej na początku. Taka sobie sinusoida – raz paliłem częściej, raz rzadziej, ale patrząc z szerszej perspektywy, pozwalałem nałogowi, żeby coraz mocniej mnie pochłaniał. Nigdy nie uzależniłem się od alkoholu – on też wydawał mi się znacznie bardziej prymitywny niż narkotyki. Coś w tym jest, bo dragi faktycznie pokazują nasze ukryte możliwości i potencjalność pewnych stanów świadomości. Ale są tylko dragami – to znaczy działają na chwilę i przestają.

W wakacje po czwartym roku studiów pracowałem w Amsterdamie. Tam pierwszy raz spróbowałem grzybów halucynogennych, co było niesamowitym doświadczeniem. Masa śmiechu, wyostrzone zmysły, głębokie przekonanie, że rozumiem mechanizm reakcji łańcuchowej. Krótka kontemplacja śmierci i wybrechtanie fałszywego – jak mi się wtedy wydawało – przekonania, że śmierć istnieje. Nie zrozumiałem głębi tego przeżycia, ale bardzo mi się spodobało. Dobrze, że grzyby nie uzależniają. Potem brałem jeszcze kilka razy i znacznie więcej z tego stanu wyciągnąłem. Przede wszystkim to, że wszystko dookoła jest piękne i mam możliwość dostrzeżenia tego. No i że śmierć dotyczyć może tylko ciała, zresztą bardzo względnie, bo ciało nigdzie nie odchodzi, a w nas jest coś, co podąża dalej. Wspaniały drogowskaz do zrozumienia życia. Raz spróbowałem amfetaminy – nic szczególnego – i raz kokainy – wręcz przeciwnie. To było w nowy rok. Domówka u mnie na chacie. Znajomi chcieli spróbować, ja nie chciałem. W pewnym momencie coś mnie pierdolnęło i zajebałem połowę ścieżki. Oni mówili, że ich prawie nie wzięło, a wciągnęli cztery razy tyle co ja. Ja czułem każdy milimetr ciała i byłem przekonany, że rzeczywistość zewnętrzna, którą percypuję, jest moją świadomą i podświadomą projekcją. Później to przekonanie okazało się prawdziwe. Nie wiem, czy doszedłbym do tego, gdybym wtedy nie walnął w nocha. Szczerze mówiąc, wydaje mi się, że tak, ale pewności nie mam. Gdy skończyłem studia i zostałem lekarzem, a rzeczywistość wokół mnie zaczęła przypominać najbardziej popierdoloną  karuzelę świata, taką, na której rzyga się bez końca i przyjemności z niej żadnej, to uzależniłem się od trawy. Paliłem prawie codziennie. Przełom, który nastąpił, miał związek z budzeniem się we mnie świadomości i przejęcia przez nią kontroli nad moim życiem. Cierpienie mnie obudziło. Zacząłem spoglądać w siebie i powoli odkrywać to, kim jestem, czego chcę. Wcześniej żyłem jedynie tym, czym inni chcieli, abym żył. Czysta iluzja. Kompletna ślepota. Nieświadomość i niewola. W moim życiu zmieniło się tak wiele, a trawa odeszła sama. Fajki na razie zostały, ale też odejdą – tak mi się wydaje – gdy przyjdzie na to pora.

Przyczyny uzależnienia i drogę powrotną najlepiej scharakteryzował Gabor Maté.

[fragment z Ragazzo malato – RM]

„Zacząłem się też zastanawiać nad przyczynami moich pozostałych kompulsji i nałogów, gdy natrafiłem na filmik Gabora Matégo. Ten psycholog, psychiatra i nauczyciel duchowy w swoich wystąpieniach mówił, że każde uzależnienie – alkohol, narkotyki, papierosy, pracoholizm, zakupoholizm… – każde jedno spowodowane jest bólem, który nosimy w sobie. Na poziomie biochemii mózgu polega ono na braku wykształcenia ścieżek dopaminowych. W dzieciństwie, gdy doświadczamy wystarczającej miłości ze strony otoczenia, wytwarzamy te szlaki, a one w przyszłości odpowiedzialne są za poczucie spełnienia i pokoju, lekkości życia, którą tak niewielu posiada. Ból emocjonalny, jakiego doświadczamy, zaburza ich rozwój, a jego waga jest często niedoceniania. W badaniach odpowiedzi mózgu na takie negatywne bodźce emocjonalne obserwowano wyładowania neuronalne w tym samym obszarze, co w przypadku fizycznej traumy.

„Zranienie ciała nożem i brak miłości ze strony otoczenia dają tę samą odpowiedź” – mówił Maté.

Tłumaczenie, że nikt nas nie bił w dzieciństwie, więc nie mamy na co narzekać, okazało się nonsensem. Na każdym kroku jako maluchy, a także dorośli, doświadczamy uczuciowej traumy. Częsta nieobecność ojca w domu, werbalna agresja ze strony rodziców, brak zrozumienia przez szkolnych kolegów – to tylko pojedyncze przykłady tego, co dzieje się w naszym życiu każdego dnia. Na poziomie psychologicznym prowadzi to do ukształtowania się osobowościowej maski zwanej personą – stajemy się kimś odmiennym od naszej prawdziwej natury, udajemy kogoś, kim nie jesteśmy, aby otrzymać uznanie ze strony społeczeństwa. Odpowiedzią na pytanie o to, dlaczego palę i dlaczego popadam we wszystkie inne nałogi – uganianie się za dziewczynami, kompulsywne myślenie, sport lub osiągnięcia – był ból. Ból który tkwił w moim umyśle. Zrozumienie tego faktu pozwoliło na zmianę pytania – istotne stało się nie to, dlaczego jestem uzależniony, lecz dlaczego noszę w sobie cierpienie. Dzięki temu mogłem zaakceptować nałogi. To przecież zupełnie normalne, że chcemy uciec od bólu i robimy to na różne sposoby – wpadamy w pracoholizm, palimy, pijemy, obżeramy się i zamykamy w swoich myślach. Rozumiejąc ten mechanizm, mogłem sobie wybaczyć, że palę, a dzięki temu pozbyłem się najbardziej wierzchniej warstwy cierpienia – poczucia winy, że niszczę własne zdrowie. Miałem nadzieję, że to przebaczenie samemu sobie pozwoli mi kiedyś dotrzeć do głębszych warstw podświadomości i uświadomić sobie źródła bólu, uwolnić je i odejść od nałogu. Z trawą mi się przecież udało, dlaczego nie miałoby się tak stać w przypadku papierosów? Jak mówił Maté, w każdej chwili naszego życia mamy możliwość wytworzenia brakujących szlaków dopaminowych – tym razem świadomie. Na poziomie psychologiczno-duchowym równa się to ściągnięciu maski, uwolnieniu naszej prawdziwej osobowości i połączeniu się z nią”. [KONIEC FRAGMENTU RM]

Maté mówił, że jedynie dziesięć procent ludzi sięgających po daną substancję uzależnia się od niej. Bardzo spodobało mi się jego pytanie: „Czy paczka kart jest uzależniająca? Tak albo nie, to zależy od człowieka”.

 

Spread the love:
  •   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *